Dlaczego młodzi ludzie nie angażują się w życie społeczne sołectwa?

Pamiętam doskonale mój pierwszy udział w zebraniu sołeckim. Zaciągnął mnie tam teść. Dokładnie zaciągnął, bo z mojej strony wielkiej woli nie było. Wchodzę do salki przy remizie OSP a tam… wójt, sołtys, rada sołecka i siedmioro innych mieszkańców – wszyscy grubo po pięćdziesiątce – i ja,  jedyna osoba przed trzydziestką.

Pierwsze pytanie jakie pojawiło się w mojej głowie – co ja tu robię? Wyjść głupio, więc siedzę.

Z powodu braku wymaganej liczby uprawnionych do głosowania sołtys ogłasza, że zebranie odbędzie się za pół godziny. Siedzimy dalej w ciszy, słychać tylko poszeptywania wójta z sołtysem. Niby wszyscy się znają, ale rozmawiać nie ma o czym!? Minęło pół godziny i zebranie się zaczyna. Sołtys wita wszystkich przybyłych i proponuje wspólną rozmowę na temat potrzeb sołectwa. Po co on proponuję jakąś rozmowę, przecież pewnie nikt i tak się nie odezwie w obecności wójta! – myślę. A tu o dziwo wszyscy zaczynają mówić na raz, przekrzykują się. Czyli ta cisza była przysłowiową ciszą przed burzą. I nagle dowiaduje się, że gmina powinna utwardzić drogę do pana Heńka, że lampy na drodze koło Tadka nie ma (to koło nas, a ja tego nie zauważyłam, mieszkając już 2 lata w tej wsi!!!), że w czasie roztopów zalewa ludzi na mojej ulicy, że to i tamto jest niezrobione w naszej miejscowości. Słucham, a jednocześnie się pilnuję, żeby mi się buzia nie otworzyła ze zdziwienia – kurcze, ci ludzie jednak po coś tu przyszli! Oni są świadomi swoich potrzeb, czują potrzebę zmiany, a że wójt powtarza, że pieniędzy w budżecie gminnym nie ma, to już inna sprawa. Ale nawet to ich nie zniechęca i dalej wylewają swoje żale, często upominając się za nieobecnego sąsiada, że on też ma jakiś problem. Nagle jeden z zebranych prosi wójta o ochronę fauny i flory w naszej miejscowości i wszyscy, uprzednio spojrzawszy się po sobie, wybuchają gromkim śmiechem, ku wielkiemu niezadowoleniu mówcy, bo okazuje się, że on to mówił jak najbardziej na serio. Atmosfera się rozluźnia i rozmowa przybiera kształt fajnej, ciepłej dyskusji okraszonej uśmiechami.

Zaczyna mi się podobać na zebraniu. Jestem dumna, że 2 lata temu przeprowadziłam się do tej miejscowości i że ci ludzie są moimi bliższymi czy dalszymi sąsiadami, że potrafią upomnieć się o swoje. Po dwóch godzinach wychodzimy z zebrania w małych grupkach, w których wciąż toczą się rozmowy. Z zaciekawieniem pytam teścia, dlaczego było dzisiaj tak mało ludzi? Zawsze jest tak mało ludzi, i zawsze ci sami, młodzi nie chcą się angażować. – odpowiada. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego młodzież nie czuje potrzeby angażowania się w życie społeczne naszej miejscowości.

Na początku próbowałam sobie przypomnieć, czy na jakimś etapie mojego prawie 30-letniego życia, ktoś próbował mi uświadomić, że moją najmniejszą ojczyzną jest właśnie moja miejscowość. To, że jestem Polką słyszałam na każdym kroku na lekcjach w szkole. Nawet recytując słowa Inwokacji Adama Mickiewicza „Litwo! Ojczyzno moja!”, kazano mi się czuć Polką. Na lekcjach wiedzy o społeczeństwie, dowiadywałam się co ile lat wybiera się prezydenta, posłów, senatorów a o sołtysie nikt nawet nie wspomniał. Moi rodzice też nigdy nie zabrali mnie zebranie sołeckie i gdyby nie mój teść to chyba nigdy nie zawitałabym na zebranie wiejskie. Będąc dzieckiem nawet nie wiedziałam, kto jest wójtem naszej gminy. I tu nasuwa mi się pytanie gdzie został popełniony błąd i przez kogo? Czy przez rodziców, którzy zapewne obowiązek wprowadzenia mnie w życie społeczne przerzucali na szkołą, czy przez szkołę, która zakładała, że taką wiedzą powinniśmy wynieść z domu? Tego nie wiem.

O funduszu sołeckim dowiedziałam się kiedyś przypadkowo z jakiejś ulotki informacyjnej i czym prędzej pobiegłam z nią do sołtysa żeby go uświadomić, a on mi na to, że on o tym wie i że taki fundusz jest też przyznawany naszej wsi. Skoro ja o tym nie wiedziałam, to pewnie większość mojego pokolenia też nie, bo i skąd! Może wskazane byłoby przypomnienie informacji o funduszu sołeckim młodzieży poprzez plakaty wieszane w szkołach. Plakaty powinny być skierowane dokładnie do nich i dla nich zrozumiałe. Poza informacją o samym funduszu może powinno się tam znaleźć jakieś hasło wskazujące, że wszyscy mieszkańcy – niezależnie od wieku – mogą decydować o swojej miejscowości gdyż są jej pełnoprawnymi mieszkańcami. Przyczyna – brak informacji.

Niechęć młodych ludzi do czynnego udziału w życiu swojej miejscowości może również wynikać z braku jakiejkolwiek propozycji spędzenia wolnego czasu na „swoim” terenie. Bliskość miasta często powoduje również, że młodzież szuka rozrywki poza swoją miejscowością. Wieś traci w ich oczach na atrakcyjności. Bo co robić w miejscowości, w której nic się nie dzieje? A dlaczego nic się nie dzieje? Bo nikomu się nie chce. I koło się zamyka. Może jakimś rozwiązaniem byłoby właśnie wykorzystanie części funduszu sołeckiego na potrzeby młodych – poprawę lub budowę boiska, stworzenie siłowni itp. Pamiętać należy o tym aby zaangażować samych zainteresowanych np. w remont pomieszczenia, w którym stanie siłownia, gdyż będą się wtedy czuli odpowiedzialni za to miejsce. Gdy dostajemy coś za darmo, nie szanujemy tego. Przyczyna – brak propozycji i zaangażowania.

Myślę również, iż dobrym rozwiązaniem – w moim mniemaniu, oczywiście – byłoby opracowanie program lekcji wychowawczych, na których dzieci i młodzież nauczyłyby się patriotyzmu lokalnego i współdziałania. Skoro jest przedmiot wychowanie do życia w rodzinie – najmniejszej jednostki społecznej – to może warto np. na 4-6 lekcjach wychowawczych w roku, przeprowadzić zajęcia z przystosowania do życia w społeczeństwie. Pomóżmy zbudować młodym ludziom tożsamość społeczną.

 Adriana Moroń

Autor/ka: Adriana Moroń

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *